czwartek, 20 grudnia 2012

1. Sakura Haruno

     Wszystko zaczęło się, kiedy on odszedł z wioski. Miał tyle lat co ja, czyli bardzo mało. W wieku 12 lat wciąż byłam głupiutką dziewczynką i chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę z czym wiąże się rola ninja.
     Jego odejście to był kamień milowy w moim życiu. Zobaczyłam wreszcie jak niewiele mogę, jak mało wiem i jak żałosne są moje zdolności. Dotychczas polegałam na sile i sprycie towarzyszy z drużyny. Nagle zobaczyłam, że oni nie będą zawsze stać przy moim boku. Naiwna była moja wiara, że nic nigdy nas nie rozdzieli. Że on, Sasuke Uchiha, moja pierwsza miłość zawsze będzie przy mnie. Może i nie pokocha, ale zaakceptuje.
     Jakaż byłam naiwna.
     Bardzo długo trwałam w swej wierze. Myślałam, że moja miłość w jakiś sposób zmiękczy jego skamieniałe serce. Tymczasem byłam dla niego balastem, niepotrzebnym i ciężkim, bo wciąż wywoływałam wspomnienia jego kochającej rodziny.
      Gdy odszedł na pożegnanie rzucając "Jesteś wkurzająca" zaczęłam kształcić się u Tsunade. Chciałam być jak ona - piękna, silna, rozważna. Dobrym medykiem i wspaniałą kobietą. Zdałam egzamin na Chuunina i pewna swych umiejętności podeszłam do egzaminu na Jounina. To byłkolejny moment przełomowy w mojej karierze ninja. Zdający posiadali techniki o których nie śmiałabym marzyć. Byli potężni, pewni siebie, spokojni. A ja, z tym swoim durnym przekonaniem że wiem i znam się na wszystkim jedyna w grupie nie zdałam. Bolesne i niesprawiedliwe, bo część pisemną napisałam najlepiej. Tym próbowałam uzasadnić, że zasługuję na stopień Jounina. W odpowiedzi usłyszałam, że o wygranej w pojedynku decydują umiejętności a nie to, co wykułam na blachę.
Niestety, ale musiałam się z tym zgodzić. Podczas walki nie rozwiązuje się testów tylko walczy...
     Ponieważ z natury jestem uparta, postanowiłam jeszcze raz podejść do egzaminu. Tym razem z odpowiednim przygotowaniem. O pomoc zwróciłam się do byłego mistrza, Kakashi'ego Hatake. Dostosował trening do tego co umiem i co chcę osiągnąć. Początkowo pewna siebie, jednak w czasie trwania treningu ledwo powstrzymywałam łzy. Było mi tak ciężko. Któregoś razu po prostu nie wytrzymałam.
      Padłam na kolana w połowie ćwiczenia i zalałam się gorzkimi łzami. Kakashi zrobił coś, czego nigdy mu nie zapomnę a co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że mój sensei to równy gość. Zamiast nawtykać, że jestem zwyczajną idiotką i nie ma czego ryczeć, usiadł obok mnie, objął mnie ramieniem i patrząc w niebo opowiedział mi jak to było z Sasuke, takim małym, gdy ojciec pokazał mu pewną technikę Katon. Historia wciągnęła mnie do tego stopnia, że słuchałam niemal z zapartym tchem pociągając okazyjnie nosem. Hatake dał mi jeszcze pół godziny "przerwy" i w tym czasie, gdy on czytał swoją zboczoną książeczkę ja przeżywałam przełom. Znowu.
     Egzaminatorzy uśmiechnęli się z kpiną na mój widok. Poznali mnie, mimo wypłowiałych, prawie białych włosów i kontrastowo pociemniałych oczu. Przebywanie w pełnym słońcu podczas treningu nie pozostawiło śladu na mojej skórze - wciąż byłam blada. Zakładam, że egzaminatorzy pomyśleli, że zamiast ćwiczyć zmieniłam wygląd. Zapewne tak to wyglądało.
    Ale tak nie było. Ćwiczyłam dużo, bardzo dużo, czasem ponad swoje siły, dawałam z siebie wszystko i jeszcze trochę i do egzaminu podeszłam potężna, pewna siebie i spokojna. Jak inni.
    I zdałam.
    Jednak nauczona doświadczeniem, aby dostać się do ANBU postanowiłam pociągnąć za wszystkie sznurki, by przygotować się na wszystko. Szlifowałam znane już umiejętności pod czujnym okiem Tsunade i Kakashi'ego, dodatkowo szukałam nauczycieli do technik mi nieznanych. Dużo wyjeżdżałam, by podczas misji szkolić się u poznanych ninja. Trenowałam też z przyjaciółmi; dużo z nimi rozmawiałam. Wymienialiśmy się informacjami, bo tak jak ja chcieli być silniejsi. Chociaż nie wiem, czy z tych samych powodów. Mój był prosty - nie chciałam ju być ciężarem.
    Tenten nauczyła mnie koordynacji ruchowo - wzrokowej. Jak rzucać by trafić, przewidywać ruchy przeciwnika, dosięgnąć ruchomego celu. Wspólnie sporządziłyśmy bliźniacze zwoje, pełne kunai z wybuchowymi kartkami. Hinata i Neji pokazali mi, gdzie pokazali mi gdzie znajdują się bramy chakry i jak je blokować. Nie posiadałam Byakugan, ale nauczyli mnie polegać na intuicji. Dzięki ćwiczniom niemal machinalnie trafiałam w źródło chakry, chociaż (niestety!) nie tak efektownie jak kuzyniu Hyuuga. Z Shikamaru lubiłam leżeć cały dzień na dachu jakiegoś budynku i patrzeć na chmury. Gdy dzień był bezchmurny a niebo idealnie niebieskie graliśmy w Shogi. Nigdy nie udało mi się z nim wygrać, ale by wytłumaczyć mi moje błędy, głośno komentował swoje ruchy. Nara należał do strategów, ja działałam bardziej impulsywnie i to był główny problem. Jednak kilkadziesiąt wspólne przeleżanych dni pozwoliły mi się wyciszyć, analizować wszystko na chłodno. Kiedy zachodziła taka potrzeba, potrafiłam skoncentrować się do tego stopnia, że istniał realne zagrożenie, iż Shikamaru przegra po raz pierwszy. Jeszcze mi się to nie udało, ale myślę, że to kwestia czasu i jeszcze kilku leniwych wieczorów. Gai - sensei i Lee bardzo entuzjastycznie przystali na moją prośbę. Taijutsu było dla nich bóstwem i szczęście dosłownie wypływało im z oczu. Katowali mnie do upadłego ciągle powtarzając, że siła jest we mnie i jeśli tylko chcę, mogę wszystko. Wkurzało mnie to strasznie, ale muszę im to oddać - zarazili mnie miłością do taijutsu. Po kilku treningach, gdy zabrali mnie na misję nie mogłam wyjść ze zdziwienia jak wytrzymałe stało się moje ciało. Dodatkowy wszystkie sztuczki typu wyskoki, przewroty, obroty, stanie na rękach i gwiazdy przychodziły mi z taką łatwością, że czułam jakbym nic nie ważyła, unosiła się w powietrzu. Pokochałam tę lekkość, adrenalinę, furkot włosów. Rock oddawał się temu całym sercem, z pasją, której wciąż mu zazdroszczę.
    Dużo czasu spędzałam w bibliotece, czytając o zapomnianych  technikach i sposobach kierowania przepływami chakry. Teoria ma się nijak to praktyki, więc próbowałam wprowadzać w życie to co przeczytałam, podczas treningów z Naruto. Rzadko kiedy udawało mi się sprawdzić prawdziwość informacji, bo zazwyczaj zaraz po przywitaniu mieliśmy sobie tyle do powiedzenia, że wolnym krokiem odchodziliśmy z Pola Treningowego i szliśmy na małą polankę w lesie. Ja leżąc na brzuchu moczyłam ręce w strumyku a Naruto siedział obok i machał nogami pryskając wodą. Widywaliśmy się bardzo rzadko, bo Naruto często wyruszał na misję lub trenował z Jirayią - sensei. Mimo to nasza przyjaźń wciąż trwała. Wiedzieliśmy, że jedno rzuci wszystko dla drugiego, gdy tylko pojawi się okazja do spotkania. Jeden cały dzień z Uzumakim dawał mi siły na kolejny tydzień ćwiczeń.
    To właśnie od niego dowiedziałam się o niejakiej Guren i jej małym wychowanku Yukimaru. Posługiwała się czymś, co Naruto określił "różowym szkłem". W bibliotece nie był żadnych informacji o tej technice, próbowałam więc zasięgnąć języka kolejno u Tsunade, Kakashi'ego i Jirayi - sensei. Niestety, wszyscy zasznurowali usta i nie  puszczali pary z gęby. Postanowiłam wycisnąć z Naruto wszystko co wie i najwyżej zdać się na szczęście. Wpadłam jednak na lepszy pomysł - chciałam spotkać Guren - san osobiście. Byłam zaintrygowana techniką "różowego szkła", tym bardziej, że pierwszy raz  niej słyszałam. Chciałam umieć coś co budzi podziw. Zauważyłam sposób, w jaki Naruto opisywał technikę. Pełen szacunku, niemal niedowierzania. Zapałałam cichą miłością do tej techniki. Chciałam ją umieć i znać, chciałam się nią popisać przed członkami ANBU, chciałam by i o mnie mówiono z zachwytem.
    Ponieważ z natury jestem uparta za punkt honoru postawiłam sobie odnaleźć Guren - san. Ze ja odnajdę - tego byłam pewna. Problemem było skłonienie jej do roli nauczyciela. Jednak długie godziny spędzone z Naruto nauczyły mnie, że determinacja potrafi zdziałać cuda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz